czwartek, 3 czerwca 2021

03-06-2021

Jest ciężko. Tzn. teraz i tak mam się lepiej, bo jakbym widziała małe „światełko w tunelu”, ale nie zmienia to faktu, że jest ciężej już od dłuższego czasu. Choroba nie śpi. Mam coraz większe problemy z równowagą, co przekłada się na moje chodzenie. O pozostałych objawach nie wspomnę, bo docelowo nie mają aż takiego znaczenia. Choć może i fakt, że kompletnie nie czuję, gdy wypadają mi za każdym razem kartki z rąk (co nie zdarzało się wcześniej tak często) lub że mam częściej depresyjno-lękowy nastrój, nie świadczy o niczym dobrym. Wiecie, na każdym etapie chorowania mówiłam sobie, że jest tak źle, jakby kończył się świat. Dzisiaj już wiem, że pojęcie tego kończącego się świata jest względne i może być jeszcze gorzej. To akurat może i dobrze, bo świadczy o tym, że możemy znieść naprawdę dużo, a w zasadzie coraz więcej. Aż chwilami zastanawiam się, co sprawia, że ćwiczę, że nie płaczę zbyt dużo (a w sumie prawie wcale), że wychodzę z domu, że chodzę do pracy (choć teraz mogę pracować zdalnie, za co jestem niezmiernie wdzięczna), że „podnoszę się” każdego dnia, by mierzyć się ze sobą i światem jak gdyby nigdy nic. Nie mam na to jednej odpowiedzi, a raczej jest ich kilka: charakter, ambicja, rodzina, bliscy, znajomi, chęć tego, by żyć „normalnie”… Nie jest łatwo być sobą w chorobie, która ogranicza, która przeszkadza na co dzień.

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że może potrzebuję bardziej przeorganizować swoje myślenie. Myślenie o mnie w świecie. Moje standardy nie są takie jak te, o których mówi się wokoło: ślub, ambitna praca, rodzina, zwiedzanie świata itp. Jestem chora. I może powinnam przestać skupiać się właśnie na tych aspektach, bo nie ma co się dołować przez niespełnione wizje. Moje życie jest i będzie inne. Może najwyższa pora, by zacząć żyć na swoich zasadach i w swojej „świetności świata”. Najgorsze jest to, że przez tyle lat te niespełnione ideały podświadomie kreowały moją rzeczywistość i kreują ją nadal czy tego chcę, czy nie. Powinnam się nad tym wszystkim głębiej zastanowić i coś zmienić. Nie chcę żyć w pułapce. Mam żyć w zgodzie z samą sobą. Na całej linii.

Pisałam o tym „światełku w tunelu”. Ostatnio pojawiłam się w Centrum Leczenia SM w Plewiskach. Trafiłam tam, szukając pomocy i pełnego empatii specjalisty w dziedzinie neurologii. Chciałam także dopytać o istniejące możliwości leczenia, poza tymi, które daje Narodowy Fundusz Zdrowia. I to wszystko znalazłam w tym miejscu :) Lekarz był bardzo kompetentny i zaangażowany w to, by mi pomóc. Słuchał mnie i wyjaśniał niektóre kwestie. Dokładnie mnie przebadał (nawet nie wiecie jaka byłam dumna, gdy mocno zmotywowana przeszłam wymagany odcinek 0,5km i dowiodłam sobie, że mogę, że może nie jest ze mną aż tak źle). Wieczorem tego dnia, gdy układałam sobie wszystko w głowie, pojawiło się coś nieoczekiwanego, a jednocześnie bardzo potrzebnego, zważając na ten ciężki czas ostatnio. Nadzieja. Taka nieśmiała, ale jednak. I dająca mega „kopa”, bo może jednak życie ma jeszcze jakiś plan dla MNIE, na MNIE.

Ośrodek leczenia SM w Plewiskach zajmuje się przede wszystkim badaniami klinicznymi. Tylko to mi pozostało. Jeśli chodzi o programy lekowe z NFZ, to mogę powiedzieć, że spotkałam się ze ścianą. Choruję długo, nie mam aktywnych zmian w rezonansie magnetycznym od kilku lat, wyraźnych rzutów brak, a niepełnosprawność idzie do przodu. Moja neurolog rozkłada ręce, bo nie spełniam kryteriów, aby przejść na wysoceskuteczne leczenie. Jednym słowem, to moja wina, że zachorowałam, mając 16 lat, że nigdy moja choroba nie była nad wyraz aktywna, aby dać mi szansę na lepsze i bardziej efektywne leczenie… O etyczności takiego postępowania wolę nie wspominać…

Mam często nieodparte wrażenie, że tak niewiele trzeba, abym poczuła się dobrze. Wystarczyłoby zabrać mi te zaburzenia równowagi, oczopląs, wzmocnić trochę nogi i byłabym jak nowo narodzona:) Niewiele i tak wiele jednocześnie…

Obecnie czekam na właściwy odzew z Plewisk w sprawie wzięcia udziału w badaniu klinicznym. Wystarczy dać mi możliwość (skuteczniejszy lek) i myślę, że uchylą się przede mną te zbyt mocno zamknięte ostatnio drzwi.

niedziela, 21 marca 2021

21-03-2021

Ten tydzień nie najlepiej się zaczął, ale kończy się naprawdę przyzwoicie :)

W poniedziałek zawitałam z tatą (bez niego nie dałabym rady) do szpitala na kontrolny rezonans magnetyczny, który wykonuje się co roku. Samo badanie mogłam zaliczyć do naprawdę przyjemnych (40-45min., pozycja leżąca, słyszy się dużo dźwięków wokół – dla mnie to taka „medyczna” dyskoteka, nie można się poruszyć, bo ujęcia mogą wyjść niewyraźnie). Czułam się totalnie zrelaksowana podczas jego trwania (zasypiałam, co tylko potwierdzało ten stan), ale to, co działo się przed nim i po nim do zbyt przyjemnych zaliczyć nie mogłam. Myślę, że to wina przede wszystkim tego, co działo się wokół, tej całej „otoczki”. Chodzi mi o fakt, że musiałam najpierw sporo przejść, aby w tym szpitalu się znaleźć, w chwili obecnej nie wiadomo, z czym wejście do tej placówki medycznej będzie się wiązać (tzn. czy trzeba będzie wypełniać różne formularze związane z koronawirusem, czy pozwolą wejść mi z tatą do środka – stopień umiarkowany niepełnosprawności to nie to samo, co znaczny, bo nie wymagasz obecności opiekuna non stop – hmm… formalnie nie wymagasz…). Nie wiadomo, kiedy nogi odmówią posłuszeństwa i kiedy pomyślałam o tym, by usiąść, musiałam już stać przy okienku (to dobrze, że bardzo szybko mogłam być przyjęta, ale nie czułam się zbyt komfortowo, stojąc…). Następnie, musiałam wejść do następnej rejestracji, oczekiwałam na badanie, samo badanie itd. aż do powrotu ze szpitala do samochodu. Mam wrażenie, że pomimo, iż w swoim życiu przeszłam dużo różnych badań i nigdy nie denerwuję się już podczas nich samych, to ta cała „otoczka”, która się z tym wiąże, do łatwych nie należy. Dlatego ciężko mi powiedzieć czy za to, że źle się czułam przed i po badaniu, następnego dnia, czyli we wtorek, to rzeczywiście wina mojego SM, czy może chodziło bardziej o moją psychikę, która doprowadziła do tego, że źle się czuję i widać to po mojej fizyczności. A być może i jedno, i drugie. A może przyczyna była jeszcze inna (lekkie przeziębienie, które doskwierało mi we środę w pracy i które od razu rzutuje na nasilenie moich wszystkich objawów). Szkoda, że nasz organizm z nami nie rozmawia, bo wiele kwestii byłoby wtedy łatwiejszych :)

We czwartek było już dużo lepiej. Nawet poszłam z mamą u boku na dłuższy spacer :) Piątek także był ok, zaś w sobotę nawet pojeździłam na rowerku stacjonarnym 6min. (umierałam już po 2… ale ja nie z tych, co łatwo odpuszczają) :)

Muzykoterapia i relaksacja nadal praktykowane ;)

sobota, 20 lutego 2021

20-02-2021

Powrót do domu:) Przez pierwszy tydzień, jak zwykle po sterydoterapii, na przemian jadłam i spałam. Z reguły jem wtedy dużo, dużo więcej. Waga i tak idzie po sterydach w górę (zatrzymanie wody w organizmie), więc nie przejmuję się zbytnio tym, że zjem więcej. Poza tym i tak wiem, że te nadliczbowe kilogramy uciekną za jakieś 2 tygodnie. Tym razem nie pojawił się u mnie trądzik, który towarzyszył mi zawsze po wyjściu ze szpitala. W kolejnym tygodniu postanowiłam wziąć się za siebie, chcąc sprawdzić na ile sterydy pomogły mi w chodzeniu, z którym miałam największe problemy. Jeszcze podczas pobytu w szpitalu odnotowałam, że zniknęły moje drętwienia stóp i rąk (przechodziły później w kompletny brak czucia tych kończyn), czułam również takie rozluźnienie mięśni w okolicach bioder i dolnej części pleców, dzięki czemu zaczęłam się czuć pewniej przy stawianiu stóp czy chodzeniu. Już w domu odczułam większą łatwość przy połykaniu (nawet nie zdawałam sobie sprawy, że nawet z tym nie było za różowo). Ale najbardziej interesowało mnie moje chodzenie. Zaczęłam ćwiczyć. Spokojnie, nie rzuciłam się w wir tych ćwiczeń, to nawet byłoby niemożliwe, bo tu organizm stawia warunki. Chodziłam na spacery (i sama, ale częściej z Jackiem, bo bałam się, że stracę równowagę i upadnę, poza tym, idąc pod ramię z kimkolwiek, jesteśmy w stanie przejść więcej), korzystałam również z bieżni. Czułam, że mam więcej sił w nogach, trzeba było tylko je trochę przyzwyczaić do bardziej wzmożonego chodzenia. Przed szpitalem robiłam zazwyczaj 500-1000 kroków dziennie. Przed pójściem do pracy (byłam na miesięcznym zwolnieniu) było to już na poziomie 1500-1700 :) Oczywiście, rekonwalescencja ma to do siebie, że jednego dnia czujesz się jak młody Bóg, a następnego nie dasz rady wstać z łóżka i pozostaje Ci tylko zaprzyjaźnić się z TV (brak sił, aby nawet trzymać książkę i ją poczytać). Pamiętam, że jednego tygodnia czułam się dosłownie „w kratkę”: poniedziałek – dobrze, wtorek – źle, środa – dobrze, czwartek – źle itd… Poza tym, na minus były (to chyba prawidłowość po sterydach) zwiększone problemy z równowagą – ach, przecież nie można mieć wszystkiego ;)

Po miesiącu wróciłam do pracy. Nie był to łatwy powrót. Przez pierwsze dni po 2h pracy czułam, że ktoś jakby odcinał moje zasilanie i dalsze „działanie” było naprawdę męczące. Ale wiedziałam, że zmuszanie organizmu, aby przyzwyczaił się do normalnej pracy, jest po prostu koniecznością. Innej drogi nie ma. Wracałam do domu i odpoczywałam. Niemniej, nie mogłam zapomnieć o ćwiczeniach, aby nie stracić formy, którą „osiągnęłam” w czasie rekonwalescencji. I kiedy było już naprawdę dobrze, pojawiła się kolejna przeszkoda…

Pierwszego dnia Świąt Bożego Narodzenia pojawił się drobny katar, co mnie nie zdziwiło, bo towarzyszy mi on dość często na co dzień. Drugiego dnia Świąt pojawił się suchy i płytki kaszel, a wieczorem ból klatki piersiowej, uczucie jakby mi rozrywało tę klatkę. Kolejne dni to wysoka temperatura, gorączka i niemożność wyjścia z łóżka bez asekuracji (ba! Ja nawet miałam duże problemy, aby przewrócić się na drugi bok). Kiedy wszystkie wymienione objawy prawie zniknęły (poza tym dużym osłabieniem, z którym walczyłam 2-3 tygodnie, a nawet i dłużej), zaczął mi dokuczać okropny katar, a gdy się już skończył – przestałam odczuwać smak i węch. Oczywiście, miałam zrobiony wymaz, a jego wynik okazał się negatywny. Prawdę powiedziało nam (i Jackowi, i mi) badanie przeciwciał z krwi, które potwierdziły zarażenie się koronawirusem.

Byłam załamana. Na nowo musiałam podjąć walkę, aby w ogóle zacząć chodzić. Myślę, że wtedy bliscy dodawali mi sił (moja wdzięczność nie zna granic), bo ja ich w sobie odnaleźć skutecznie nie potrafiłam…

Duże problemy z chodzeniem mam do dzisiaj. W międzyczasie spadło bardzo dużo śniegu i gdyby nie moi rodzice i Jacek, to nie dałabym sobie fizycznie rady, aby dojść do pracy czy z niej wrócić. Dziękuję im za to każdego dnia. Wierzę, że wiedzą jak są wspaniali:) „Zginęłabym” bez nich.

Mam wrażenie, że ten powrót do pracy był trudniejszy. W chwili obecnej nadal nie jest zbyt dobrze. Brakuje mi sił, aby utrzymać się dłużej na nogach, gdy idę. Ale nie poddaję się i ćwiczę nadal. Duży nacisk kładę również na relaksację. Liczę, że gdzieś mnie to zaprowadzi (2 tygodnie temu czułam się naprawdę dobrze, byłam taka szczęśliwa i myślałam, że to może jakiś przełom :)) Liczę na to, że forma do mnie wróci. Po prostu znowu muszę być cierpliwa.

niedziela, 24 stycznia 2021

24-01-2021

Jestem z powrotem :) Zajęło mi to dość długo, wiem. Ale być może czasem tak trzeba. Czasem tak być musi. Choć nie to, że tak chciałam. Najzwyczajniej w świecie brakowało mi sił.

Od czego się zaczęło? Od złej kondycji fizycznej, o której ostatnio pisałam. Wierzyłam bardzo długo (jak to ja), że sobie z tym poradzę. Ale przy odbiorze leków widziała mnie moja neurolog i nie podobał jej się mój stan (moje chodzenie). Twierdziła, że być może postać mojej choroby zmienia się z postaci rzutowo-remisyjnej (w skrócie: jest pogorszenie, a po zastosowanym – najczęściej - leczeniu następuje względna poprawa i przechodzimy w stan remisji aż do kolejnego rzutu) we wtórnie postępującą (ogólnie rzecz ujmując, jest to takie poruszanie się po linii pochyłej, jeśli chodzi o nasz stan zdrowia, w różnym tempie rzecz jasna, bez stanów poprawy – remisji, tak to wygląda z założenia). Od pewnego czasu bardzo bałam się tej myśli. Widziałam, że moje rzuty zdarzają się coraz rzadziej, a kontrolne rezonanse magnetyczne nie pokazywały nowych zmian. Taka stagnacja, która ogólnie do najgorszych nie należy. Niemniej, brak rzutów, brak zmian w rezonansie, długi czas chorowanie (to już 16 lat) i postępująca niepełnosprawność niczego dobrego nie wróżą… Szczerze mówiąc, spodziewałam się usłyszeć słowa „wtórnie postępujące SM” tak koło 50-tki. Przeszłabym wtedy na rentę, żyła o wiele spokojniej i jakoś by to było. Nie myślałam, że ta sytuacja spotka mnie w wieku 32 lat :( Ale idźmy dalej…

Trafiłam do szpitala. Czekałam miesiąc, by się tam znaleźć. Dlaczego tak długo? Odpowiedź może być tylko jedna: pandemia. Podanie sterydów (decyzją mojej lekarki było to, aby spróbować podziałać właśnie sterydami, mimo że szanse na skuteczność w przypadku ich podania maleje wraz z czasem chorowania, więc na cuda nie liczyłam i każdą rzecz na plus przyjmowałam z wielką pokorą) w czasie hospitalizacji w tym okresie wiąże się z niemałym ryzykiem, dlatego trwało to tak długo - aby wybrać odpowiedni moment. Na pewno to znacie, to czekanie i myślenie, że tak, to już zaraz, zaraz „coś się zaświeci” i to będzie ta chwila. Ale nic takiego nie miało miejsca. Musiałam uzbroić się w cierpliwość. Na co dzień mi jej nie brakuje, ale gdy walka toczy się o zdrowie i każdy dzień zwłoki może skutkować tym, że sterydoterapia może już w ogóle nie pomóc, wpływała na moje zdenerwowanie całą sytuacją i niepewność jak będzie wyglądać moje jutro.

W szpitalu (jak zwykle) czułam się jak „ryba w wodzie”. W tym miejscu „bycie chorym” to coś normalnego. Każdy z pacjentów ma swoją historię i nie musi się wstydzić tego, że np. idzie mniej prosto niż prosto albo że mówi coś niewyraźnie, albo poprosi kogoś o pomoc przy dojściu do łazienki. To normalne, a to oznacza, że w jakimś stopniu jest ok. Daje to (przynajmniej mi) pewność siebie, której na co dzień mi trochę brakuje, oraz poczucie bezpieczeństwa.

Na początku swojego pobytu znalazłam się w pokoju przeznaczonym „na kwarantannę” i byłam w nim aż do momentu, gdy mój wymaz na obecność SARS-COV2 okazał się być negatywny. Już pierwszego dnia miałam zrobione wszystkie potrzebne badania (badanie neurologiczne, pobranie krwi i rezonans magnetyczny). Od następnego dnia zaczęło się podawanie sterydów. Ku mojemu zdziwieniu miałam otrzymać tylko 3 kroplówki, a nie 5 (jak jest zazwyczaj). Do tej pory mogę się tylko domyślać z jakiego powodu nastąpiła ta sytuacja: każda kolejna kroplówka bardzo obniża odporność, co jest zupełnie niewskazane w obecnej, pandemicznej sytuacji; potrzeba szybkiego wypuszczania pacjentów, bo czekają już inni pacjenci, a jest obecnie problem z dostępnością szpitali. Podczas swojego pobytu miałam przyjemność poznać bardzo sympatyczne osoby :) Nieocenione było również wsparcie osób z zewnątrz (to naprawdę uskrzydla i uwierzcie, że dodaje wielu sił!). Nie mogę także nie wspomnieć o tym, iż wszystkie osoby, z którymi leżałam na sali, miały bardzo szybko robione badania, aby wyjaśnić przyczynę ich złej kondycji fizycznej/ postawić diagnozę. Czas w szpitalu mijał mi bardzo szybko (no może za wyjątkiem bezsennych nocy) i nastała chwila, gdy mogłam wyjść ze szpitala. Pamiętam, że wracałam do domu jak na skrzydłach.

A o tym jak przebiegała moja rekonwalescencja i wątpliwie miła przygoda z COVIDem napiszę w kolejnym wpisie.

sobota, 26 września 2020

26-09-2020

Dawno mnie tutaj nie było… Co u mnie? Trochę pokorzystałam z wakacji i nacieszyłam się ładną pogodą, rodzinnie spędzałam czas, odpoczywałam. Ogólnie bardzo dobrze, jeśli chodzi o czas wolny :)  A jak ze zdrowiem? Tutaj niestety nie najlepiej. Od około 2 miesięcy (dobre samopoczucie i kondycja, o której pisałam w poprzednim wpisie, trwała tylko 3 dni…) jest mi ciężko. Ciężko mi się chodzi, chwieję się jak chorągiewka, gdy idę lub stoję bez trzymania się. Bardzo ciężko wchodzi mi się po schodach, nieco łatwiej mi się z nich schodzi. Ostatnio dokucza mi częściej kompletny brak czucia w stopach i dłoniach. Ruszam nimi, ale… po prostu ruszam i tyle. W takich chwilach nigdy nie wiem czy to rzut choroby, czy po prostu postępująca niesprawność.

Tak bym chciała trochę więcej przejść - bez męczenia się, bez oczopląsu. Po prostu iść, bo jest tyle ciekawych rzeczy wokół, tyle przyjemnych doznań… Nie lubię pisać, gdy źle się czuję. Bo to nudne. Bo ja jestem wtedy nudna. Bo chciałabym, aby w moim życiu więcej się działo. Bo chciałabym mieć więcej z tego życia.

Obiecałam sobie (i bratu! – nie ma to jak motywacja z zewnątrz ;)), że najbliższe dni i październik poświęcę na wzmacnianie swoich mięśni nóg i trenowanie równowagi. Do pracy i po pracy będę korzystać z podwózek, bo nie czuję się na siłach, aby sama tam jeździć i stamtąd wracać. Mam nadzieję, że się to zmieni w listopadzie :)

niedziela, 26 lipca 2020

26-07-2020

Nareszcie! Nareszcie czuję się lepiej :) Jakieś 3 tygodnie byłam osłabiona, miałam problemy z chodzeniem, z równowagą, zawroty głowy, oczopląs. Dzielnie mimo to chodziłam do pracy, choć nie było łatwo, a raczej było bardzo ciężko, ale dałam radę (tak, myślę, że zodiakalny Smok i Lew maczały także w tym swoje palce).  W chwili obecnej jest dobrze i na tym będę się skupiać :)

W piątek, gdy szłam do pracy, poczułam moc w nogach. Nawet, gdy tata odbierał mnie po pracy, to czułam, że dałabym radę dojść do przystanku i jakoś sama wrócić do domu (ale jak dobrze jest mieć przy sobie kogoś, na kogo możesz zawsze liczyć i wiesz, że Ci pomoże – mam kilka takich aniołków i aby każdy z nas je miał obok siebie oraz pamiętał, że są:))

Przyznam, że w ciągu tych 3 – trudnych- tygodni miałam przeróżne, nawet najczarniejsze myśli. Nie zależało mi na niczym, a już na pewno nie na mnie samej… Ale wiem jedno: ta choroba ciągle uczy mnie pokory i przekonuję się o tym na każdym kroku. Kiedy już myślę, że więcej osób jest w o wiele lepszym stanie ode mnie, a ja, myśląc, że chyba coś zaniedbałam, że jestem chyba nieporadna, że robię coś źle, nagle zderzam się ze ścianą, bo widzę, że on potrzebuje pomocy, ona też i to większej niż ja…

Nikt z nas nie choruje lepiej lub gorzej. Nie ma chyba czegoś takiego. Każdy z nas choruje „najlepiej” jak umie. Można podpowiadać, można wspierać (a nawet trzeba!), można się wzorować na kimś i go naśladować, ale nikt nie powinien być oceniany, że ma ciężej lub lżej. Kilka razy w swoim życiu byłam już „zaszufladkowana”, że „ona ma gorzej od Pani i dlatego należy się jej pomoc i współczucie, a Pani nie”. Nie róbmy czegoś takiego, bo pozostawia to już ślad na zawsze. Nie porównujmy. Chyba, że ma to spowodować pozytywne rzeczy, np. własna mobilizacja, chęć niesienia pomocy.

Wracając do tego, że mam się lepiej: w końcu wyciągnęłam matę i na niej ćwiczyłam :) W ogóle wczoraj zrobiłam tak dużo i jestem z siebie mega dumna. Widziałam, że inni cieszą się razem ze mną:)  Dzisiaj też jest nieźle, więc oby tak dalej. A jeśli znów będzie źle, to będzie. Jestem czujna i gotowa na każdy scenariusz, ale… musi być dobrze. Zawsze po nocy wstaje dzień i tego się trzymajmy ;)


wtorek, 16 czerwca 2020

16-06-2020

Padam na nos. Ale wiecie co? Zamiast położyć się i odpocząć, ja tańczę w rytm muzyki. Aż czasem się zastanawiam, skąd czerpię siłę, by się nie załamać i nie upaść (dosłownie i w przenośni). Ledwo chodzę, prawie nie widzę na oczy i jestem oszołomiona po powrocie do pracy (miałam 2-tygodniowy urlop – byłam nad morzem, spędziłam też czas z bliskimi, więc nie próżnowałam, a aktywnie odpoczywałam :)). Zatem dzisiaj był mój pierwszy dzień w pracy (w nowym pokoju na dodatek) i, jak się można domyślać, było ciężko. Zawsze przez pierwsze dni muszę się na nowo zaaklimatyzować. Ale później powinno być trochę lepiej. Nie dość, że przez ponad 2 miesiące pracowałam zdalnie, a teraz będę fizycznie chodzić codziennie do pracy, to jeszcze miałam wolne (bardzo miłe, gdy ma się długi urlop, ale wybija mocno „z rytmu”), ale jakoś to będzie.

Urlop był naprawdę super :) Co prawda, były niezbyt miłe chwile, jak ta, gdy nie dałam rady podnieść się z koca, po tym jak dłuższą chwilę (jakieś 2h) się opalałam lub gdy potknęłam się, schodząc ze schodów i próbując się ratować przed upadkiem jeszcze mocniej uczepiłam się drewnianej poręczy, nakierowałam na nią swoje ciało i mam stłuczone żebro lub żebra (oby rekonwalescencja nie potrwała kilku miesięcy jak straszą w internecie, bo nie mam na to i sił, i czasu, i po prostu nie chcę, a co?!).

Tyle. Czuję, że niedługo, tak czy siak, drzemka będzie nieodzowna, bo samą siłą woli nie wyzdrowieję. Choć nawet ostatnio myślałam co bym zrobiła, gdybym nagle obudziła się zdrowa i mimo że to utopia, to ta myśl jest bardzo miła. I to jak! :)